
Po wylądowaniu w Faro dostałam wiadomość od Josefiny
– Pokój numer 4 przygotowany, klucz w drzwiach – co oznacza – wszystko tak jak zwykle a ja będę jutro albo pojutrze jak znajdę czas.
Uśmiechnęłam się, bo to jedno z niewielu miejsc na świecie, w których rejestracja przebiega w ten sposób. Dobrego nastroju nie popsuł mi nawet menager lusterek w wynajętym samochodzie – cały czas świecił na żółto zabierając uwagę i dodatkowo migał, gdy potencjalna zmiana pasa nie była optymalna, czyli co chwila. Niby mi pomagał a tak naprawdę odbierał decyzyjność i zdrowy rozsądek. Uspokoił się na chwilę dopiero na wiejskiej drodze, ale potem wpadł dosłownie w histerię, gdy trzciny z obu stron zasłoniły pobocze. Po wyjeździe na otwartą przestrzeń odzyskał kontrolę i znów czuł się niezbędny. W sumie było mi go szkoda.
Drogi w okolicy Santo Antonio na południowym zachodzie Portugalii są zjawiskowe – szare a czasami prawie czerwone, wijące się wśród pól albo zupełnie proste. Podskakując na wybojach słucham muzyki, takiej przypadkowej, z radia. Zawsze ładnie grają, bo tam jest tak ładnie, że chyba wszystko pasuje. Nie znam portugalskiego, ale lubię słuchać rozmów ze słuchaczami, ostatnio musiałam zatrzymać samochód, bo razem z prowadzącymi audycję popłakałam się ze śmiechu.
Był ocean, puste plaże i fioletowe osty na polach. Rano jeździłam do miasteczka na kawę i rogalika, potem włóczyłam się po klifach, wiało tak, jak tylko może wiać, Josefina nawet ścięła włosy, żeby nie tracić czasu na walkę z fryzurą. Gdybym została na dłużej – zrobiłabym to samo.
Agroturystyka Josefiny mieści się dokładnie na zadupiu, do niewielkiego miasteczka Vila da Bispo jest kilka kilometrów. Bardzo lubię bar tuż przy głównym placu, tu spotykają się mieszkańcy, do tego rowerzyści w odblaskowych kamizelkach pochłaniają burgery z frytkami albo wypijają w biegu podwójne espresso. W barze zamawiam ośmiorniczki z grilla, sałatkę i domowe wino, jak mam ochotę na krewetki albo sardele to muszę pójść kawałek dalej. Jem tylko wtedy, gdy poczuję głód, czasami nic nie jem, albo wpadam do Lidla (którego tutaj o dziwo też lubię) po bułkę i dobry ser. Czasami chodzę na mały targ, żeby pooglądać ryby i owoce morza. U Josefiny jest duża kuchnia. Może kiedyś przyjadę na dłużej i będę gotować.
Było przed sezonem, więc generalnie pusto, jedynie miłośnicy Szlaku Rybaka przemykali rankiem w kierunku Sagres opakowani szczelnie wiatrówkami jak szpiedzy z krainy deszczowców. Poza tym kilku ostro skoncentrowanych na serfowaniu surferów i ja. Stałam na brzegu oceanu z brakiem decyzji kąpać się czy nie, bo w przeciwieństwie do surferów nie miałam pianki. Potem jedna fala, jak dobry judoka, wytrąciła mnie z równowagi a druga wykonała piękną uchi matę i miękko wylądowałam w wodzie. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że wcale nie było zimno, było bosko.
Czasami mam wrażenie, że ocean rozpyla wkoło mgiełkę szczęścia, Josefina chyba też – tak się tutaj czuję.
