Tuż przed zamknięciem sklepu wpadłam po koperek. Leżał ledwie żywy, jeszcze zielony, ale ledwie żywy, zamknięty w przeszklonej chłodni. Przelewał mi się w dłoni, gdy wracaliśmy do domu. Zastanawiałam się czy przeżyje noc, w sklepie nie miałby szans, dwa pozostałe pęczki, prawdopodobnie rano wylądują w koszu…..Może trzeba było zgarnąć wszystkich….
Położyłam koperek na blacie kuchennym, jak na stole operacyjnym, dokładnie przycięłam łodyżki, zanurzyłam w zimnej wodzie i włożyłam do kubeczka na zioła. Oparł się o pęczek pietruszki, bo nie mógł stać o własnych siłach. Zgasiłam światło.
Przed pójściem spać zajrzałam, bez większej nadziei, sprawdzić jak się czuje. Powoli wracał do życia.
Rano nie potrzebował już oparcia, rozpostarł zielone gałązki a nawet delikatnie zaczął się rozpychać. Potem podkręcił smak niedzielnych pulpetów. Od dwóch dni ma się dobrze, w niedzielę doda koloru gotowanym ziemniakom………..
