W Kutaisi Franek wybiera nocleg ze względu na „zapierający w piersiach dech widok”. Na miejscu okazuje się, że pokój nie ma okna, przed drzwiami suszy się na sznurach pranie a za nim płynie w dole rzeka, pośród góry śmieci na obu brzegach. Butelka młodego wina, którą daje nam na przywitanie miła gospodyni, wybucha później w samochodzie w czasie drogi. Przed wyjazdem sprawdzam ceny w wypożyczalniach i ponieważ stać mnie tylko na Kia pikante – sprytny samochód do miejskiej jazdy – postanawiam zaryzykować i zająć się wynajmem na miejscu, już w Gruzji. Jak się później okazało – pomysł bardzo odważny – był w sumie przygodą samą w sobie.
W drodze, rozmowa z właścicielem wypożyczonego samochodu
ja:
– Tak, tak, samochód jedzie, ale jak wrzucam kierunkowskaz to spryskuje mi przednią szybę i włączają się wycieraczki a jak włączam wycieraczki – to nie działają
on:
– Wycieraczki niepotrzebne, padać nie będzie a przy skręcie szybę przeczyścisz
ja:
– I jeszcze klimatyzacja nie działa a straszny upał
on:
– To wyłącz radio – albo radio albo klimatyzacja. I zatankuj, przy pełnym baku działa lepiej.
Kilka dni później
ja:
– Pali się żółta lampka silnika, nie znam się, ale to chyba poważny problem
on:
– To nic, samochód dobry, jedź dalej
Następnego dnia
ja:
– Samochód potrzebuje naprawy – żółta łódź podwodna zmieniła kolor na czerwony
on:
– To nic, samochód dobry, jedź dalej
Za chwilę
ja:
– Coś odpadło, samochód dobry, ale dalej nie pojedzie
on:
– Gdzie stoisz? – sytuacja jest poważna, bo automatycznie przechodzi na rosyjski
Mieliśmy szczęście, jeśli tutaj w ogóle można mówić o szczęściu, bo samochód padł tuż przy wejściu do przydrożnej restauracji. Błyskawicznie ktoś z obsługi udzielił nam pierwszej pomocy nalewając po brzegi dwa kieliszki czerwonego wina.
– Napij się, na koszt firmy, dzisiaj już nie pojedziesz – do akcji ratunkowej włączył się kierownik obiektu, który w międzyczasie odbył rozmowę z właścicielem samochodu – Ty się nie martw, za godzinę przyjedzie Dawid i wszystko załatwi.
Na jednym kieliszku wina się nie skończyło,
– A Wy skąd jesteście?
– Z Polski
– A, znam, znam. W 68 przejechałem czołgiem przez Warszawę…..
Samochód wymagał dłuższej naprawy, noc spędziliśmy w motelu u Sofii, przy okazji Dawid zrobił pełny przegląd i wymienił klocki hamulcowe. Dzięki temu dojechaliśmy bezpiecznie na przełęcz Abano (2800 m np.) a potem do wioski Omalo, do której nie ma dostępu przez większą część roku. Nie zdając sobie sprawy przejechałam jedną z najtrudniejszych dróg na świecie. Przejechałam nie tylko dlatego, że było pięknie i bardzo chciałam zobaczyć Omalo – prawdę mówiąc bałam się zawrócić. Jazda do przodu wydawała mi się bezpieczniejsza niż wykonanie jakiegokolwiek innego manewru.
Z Soffi do dziś wymieniamy serduszka w Internecie.
