W komisariacie

Komisariat policji na Rydygiera lata świetności ma już dawno za sobą. Betonowy prostokąt położony dłuższym bokiem na ziemi, kiedyś pewnie biały, dziś w zdecydowanie smutnym, niewyraźnym kolorze. Duża kartka na drzwiach wejściowych z napisem „nie ciągnąć” w kilku językach. Tak się zaczytałam, że dosłownie w ostatniej chwili zareagowałam na klik otwierający drzwi.

Poczekalnia wyglądała dużo bardziej przygnębiająco niż dwa miesiące wcześniej, nie tylko ze względu na dzienną ekspozycję – bez dekoracji świątecznych była przeraźliwie goła. Ze ścian w tanecznych, niczym nie ograniczonych ruchach wychodziły kable i pląsały po podłodze koloru rozgotowanej brukselki. Niebieski, dziecinny taboret stał naprzeciwko rzędu krzeseł – tak jakby przesłuchiwał, albo był przesłuchiwany. Z zewnątrz, przez otwarte drzwi dochodziły soczyste, wyrafinowane przekleństwa pracowników administracyjnych.

Droga do Pani Aleksandry z wydziału kryminalnego prowadziła przez dużą, dziwnie wyposażoną salę. Taki przestronny magazyn w centralnym miejscu przestrzeni, która cierpi na brak miejsca do pracy.

– Można siąść – policjantka wskazała na krzesło stojące podejrzanie daleko od biurka, za którym siedziała. Niewielkie gabaryty i wystrój pokoju sprawiły, że potrzebowałam chwili, aby odczytać intencje  – położenie krzesła miało budować nastrój przesłuchania i zapewniać bezpieczeństwo władzy. Acha, jak na filmach – pomyślałam bardziej z ciekawością niż respektem dla powagi sytuacji.

– Czy wie jakiej sprawy dotyczy wezwanie?

– Wie – odpowiedziałam z dbałością o odpowiednią formę

Pani Aleksandra na dłuższą chwilę zanurzyła się w papierach a ja miałam okazję, żeby rozejrzeć się po pokoju. Szafka po prawej stronie – klasyka – czajnik, dwa kubki, napoczęte paczki kawy i herbaty zabezpieczone gumką recepturką. Obok na talerzyku czekoladowe pałeczki zamknięte w plastikowej torebce charakterystycznym, odręcznie zakręconym supłem, który umożliwiał wielokrotne otwieranie i zamykanie. Po lewej metalowe szafy z rachitycznym bluszczem na górze. Zdecydowanie więcej życia niż w poczekalni. Tutaj elementem, który najbardziej przyciągał uwagę był biały, puszysty sweterek w bordowe serduszka pani Aleksandry. Ocieplał sytuację niezależnie od tego, jak bardzo oficjalna była jego właścicielka.

Co tu dużo mówić, sytuacja zrobiła się skomplikowana, bo o tym, co zdarzyło się dwa miesiące temu w pokoju numer pięć,  pokój numer 3 nie miał zielonego pojęcia, co więcej, przez chwilę nawet sam pokój numer 5 był przekonany, że nigdy nie był świadkiem moich zeznań. A jednak był, mówiły o tym papiery, które przebiegle zabrałam na spotkanie. Człowiek może kłamać, papier z podpisem – nie. 

– To w takim razie zmienimy w zeznaniach „jestem mocno przeziębiona” na „byłam mocno przeziębiona”  – zadecydowała rozsądnie pani Aleksandra. Trudno było się nie zgodzić. Po chorobie, podobnie jak po złodziejach nie było śladu.

Kolejny raz wychodzę a komisariatu z plikiem kartek, które straszą odpowiedzialnością za składanie fałszywych zeznań. Po dwóch miesiącach od zgłoszenia przestępstwa, policji udało się uporządkować dokumenty.

Szybka kradzież w cyberprzestrzeni ma się dobrze. Banki mają się dobrze. Winna jest, jak zwykle, za krótka spódniczka.

@2026 Beata Chmielewska Gabinet Pomocy Psychologicznej Puenta. Wszelkie prawa zastrzeżone