Fuerte, historia 1

Fuerte, pensjonat w małej miejscowości, jestem jedynym gościem, bo w sumie kto ląduje na zadupiu pierwszego dnia nowego roku. Duża Hiszpanka w średnim wieku z turbanem na głowie, w jeansowej kurtce i kolorowych leginsach, które próbują trzymać w rozsądnych granicach jej obfite kształty, podaje mi klucz. Nie mówi po angielsku, ja nie mówię po hiszpańsku. Na kartce z numerem rezerwacji, którą kurczowo trzymam w dłoni jako dowód mojego istnienia, Duża zapisuje godziny śniadania – jutro, bo dziś nic nie dostanę, a jak zaśpię i przyjdę po jedenastej, to też nie. Z gestykulacji i tonu głosu wiem, że nie ma żadnego pola do negocjacji. Moje desperackie „I am hungry, ho fame” nie robią na niej żadnego wrażenia. Duża nie mówi po angielsku a ja nie mówię po hiszpańsku. Rozumie co mówię, ale najwyraźniej nie ma zamiaru się tym przejmować. W całości skupia się na instrukcji obsługi mocno wypaczonych drzwi do mojego pokoju.

– Przekręcasz klucz w ten sposób, tu przytrzymujesz a tam popychasz – potrafisz otworzyć, albo jesteś ciepłe kluchy – tak, w dość swobodnym tłumaczeniu mogłoby prawdopodobnie brzmieć to, co powiedziała. Podaje mi klucz i odchodzi – duża, kolorowa, powolna w ruchach.

Zostaję sama w pokoju wielkości mojego mieszkania (wcześniej była tu pewnie obora). Okno wychodzi na betonowe podwórko, gdzie Duża suszy na wietrze ręczniki i kolorową pościel. Jestem jedynym gościem, pięć pozostałych pokoi zapełni się dopiero po moim wyjeździe, ale rezerwacja w ostatniej chwili i na chwilę oznacza często najsłabszy widok z okna (na szczęście nikt nie wie, że ten z pościelą na sznurkach w przewrotny sposób mi się podoba).

Siadam na olbrzymim łóżku, patrzę w równie olbrzymie lustro i zastygam w bezruchu. Wczoraj noc w samochodzie, dziś w za dużym pokoju. Spoglądam na nierozpakowany plecak i decyduję, że taki pozostanie, jak zwykle kiedy podróżuję. Rozpakowuję się tylko w domu, ciekawe dlaczego? Może kiedyś to przemyślę.

Ciemne, zimne płytki podłogowe i dziwne oświetlenie (małe, duże, na każdą okazję) powoduje, że robi mi się smutno. Nie mam ochty na resztkę białego wina z kartonika, które zostało po nocy sylwestrowej. Za wcześnie na spanie, za późno na wyprawę, silny wiatr przegania mnie z tarasu. Przypominam sobie, że od wczoraj nic nie jadłam i myśl o poszukiwaniu jedzenia na nowo mnie ożywia.

Wbrew zapewnieniom Dużej, kilka kilometrów od hotelu bez trudu znajduję sklep, taki sklepik na zadupiu. Sama przyjemność! Miły pan, którego głos wydobywał się gdzieś z głębokiego plastikowego krzesła ukrytego sprytnie w rogu za kasą, do tego para sympatycznych, wytatuowanych Niemców w hipi strojach, próbujących podobnie jak ja przeżyć jakoś do jutra. Byłam zbyt mocno zajęta swoimi zakupami, żeby zobaczyć co kupują, ale myślę, że wybory były podobne – chipsy Lays, zapas wody i pakowane próżniowe salami, mortadela i prosciutto crudo w cenie promocyjnej po jeden euro za sztukę. Zadowoleni z zakupów, pożegnaliśmy się mrugnięciem świateł i każdy odjechał w swoją stronę.

Następnego dnia jem śniadanie na słonecznym tarasie małej kawiarni tuż obok pensjonatu. Zero turystów, kilku miejscowych pijących kawę, albo kawę z mocniejszym alkoholem. Wszyscy znają właścicielkę a ona zna ich zwyczaje i stałe zamówienia. Po dwóch dniach stawia przede mną espresso i rogalika a drugiego, już zapakowanego na wynos, kładzie na blacie obok.

– Przynajmniej poranną kawę mogłabyś wypić w domu – komentuje w przelocie Duża (hiszpańskiego nie znam, ale jak trzeba, to rozumiem)

Potem nie mam kontaktu z Dużą, bo każda z nas żyje swoim rytmem – ja wyjeżdżam rano, bez śniadania a kiedy wracam wieczorem do perfekcyjnie posprzątanego pokoju – jej już nie ma.

W poranek przed moim wylotem – drzwi wypaczyły się ostatecznie, zamek stęknął głośno i odmówił współpracy a ja utknęłam w środku. Dzwonię i piszę do Dużej – nie odbiera, zero reakcji. Po godzinie gmerania w zamku, wołam o pomoc a potem przeklinam Dużą, pensjonat i cały świat. Wszystko na nic. Na koniec, już z zimnym umysłem, przy pomocy kamienia dekoracyjnego z łazienki siłą otwieram zardzewiałe okno na widok z wcześniejszego opisu. Wyskakuję z wysokości wysokiego parteru i znajduję Dużą w sali śniadaniowej mega zajętą obsługą mężczyzny, którego plecak z przypiętym czekanem zarejestrowałam przed wejściem. Duża z ogromnym spokojem i wdziękiem ignoruje moje wzburzenie i próby komunikacji.

– Napisz – radzi mężczyzna wkładając mi do dłoni swój telefon z otwartą aplikacją do tłumaczenia – ona nic nie rozumie i chyba nie chce – dodaje.

Fajny jest – przemknęła mi przez głowę myśl – gdyby był dziesięć lat starszy…. – popłynęła następna.

Duża w mgnieniu oka zrozumiała, ze Fajny stoi po mojej stronie, prychnęła i dała mi ręką znać, że idziemy rozwiązać problem, którego na pewno nie ma. Przekręciła klucz i z wyższością pchnęła otwarte drzwi. Bez słowa, gestem zaprosiłam ją do środka, zamknęłam drzwi i z pokerową twarzą podałam klucz. Wiedziałam, że nie otworzy. Duża przez dłuższą chwilę siłowała się z zamkiem.

– Jesteśmy zamknięte, ale możemy wyjść przez okno – powiedziałam po polsku siadając na parapecie. Tym razem to ona bez trudu chwytała sens.

Duża, rzeczywiście była duża i mimo dużej determinacji i odwagi, skok przez okno w jej wykonaniu był ryzykowny. Podjęła próbę z moją asekuracją, ale patrząc z dołu na masywne uda, dużą pupę i miękkie kilogramy wiedziałam, że nie dam rady, ona też to zrozumiała.

Zmieniłyśmy plan – miałam znaleźć drabinę – taka była instrukcja po hiszpańsku, którego nie znam. Drabina miała być tam, gdzie jest kot (poczułam wdzięczność za mój szczątkowy włoski), ale kot się przemieszczał a potem położył się i chyba usnął w zupełnie przypadkowym miejscu. Duża nie zamierzała się poddać, z daleka zobaczyłam jak wystawia przez okno krzesło a potem swoje masywne kolano. Ledwie zdążyłam z asekuracją – taka była szybka. Kiedy już bezpiecznie wylądowała na ziemi, mocno mnie przytuliła.

Na lotnisko zdążyłam, nie to jest jednak najważniejsze. Mam nową koleżankę i Duża też.

@2026 Beata Chmielewska Gabinet Pomocy Psychologicznej Puenta. Wszelkie prawa zastrzeżone