
Do Pozo Negro ruszam w dość paskudnym nastroju. Korki, centra handlowe i roboty drogowe, które kaleczą kolejną przestrzeń wschodniej strony wyspy, podkręcają atmosferę w moim samochodzie. Dopiero zjazd w kierunku Pozo Negro przynosi ulgę. Zachwyca mnie pusta, wąska droga biegnąca korytem czarnej doliny. Czarne kamienie, czarne zbocza a ona biegnie prosto do oceanu i nie wiadomo czy zdąży się zatrzymać. Bajka. Gorąca lawa, która przetoczyła się kilka tysięcy lat temu zostawiła pewną energię a może właśnie energię zabrała, wszystko w dolinie zastygło w sposób ostateczny.
Pozo Negro było kiedyś portem i małą osadą rybacką wciśniętą między wysokie brzegi doliny i ocean. Teraz to mała osada turystyczna. Białe domki z niebieskimi okiennicami przykucnęły tuż przy plaży a bugenwilla jak zwykle czaruje kolorem i sprawia, że miejsca gdzie rośnie są jeszcze piękniejsze (a te bez urody, urody nabierają).
Plaża jest prawie pusta. Dwie lokalne turystki odważnie wystawiają ciała na działanie silnego wiatru i słońca ukrytego za chmurami. Mała, chuda dziewczynka skacze przez fale. Z powodzeniem unika wzroku matki, która stoi z ręcznikiem na brzegu otulona w bluzę z kapturem i najwyraźniej marznie. Spokój.
Miejsce zaludnia się w porze obiadowej z powodu dwóch restauracji, obie mogłyby wystawiać rachunki już za sam widok. Jedzenie jest bardzo dobre a lokalne krewetki z grilla zostają w pamięci długo po wylądowaniu na Chopinie.
Restauracje dobrze wypadają w rankingach internetowych, które krytykuję, ale jednak oglądam. Boję się, że nadejdzie czas, gdy z dwóch miejsc oddalonych w świecie rzeczywistym o sto metrów, już na poziomie drogi, wybiorę jedno polegając na opinii innych i gwiazdkach w Internecie. Lubię czytać opinie, nie dlatego, żeby zbudować swoją (oczywiście czaruję), ale żeby zadziwić się światem. Taka właśnie opinia o Los Pescadores poruszyła mnie ostatnio, gdy siedziałam na plaży w Pozo Negro. Pewien mężczyzna ostro krytykował kucharza za zbyt bardzo przypieczone mięso ryby na brzegach. Sos, dodatki i deser były bez zarzutu, ale te brzegi to trochę nie, no i dał jedną gwiazdkę (w skali do pięciu). Odruchowo stanęłam po stronie restauracji z krytykowanym daniem, bo poczułam jaki ta jedynka musiała mieć bolesny wpływ na statystyki i pozycję w rankingu. Dwie małe restauracje na końcu doliny idą łeb w łeb i tu nagle pała u jednej. Obraz nieznajomego, który wpada z rodziną do Los Pescadores na ostatni wakacyjny obiad a potem, czekając na opóźniony samolot, postanawia z pozycji eksperta zostawić po sobie ślad na wyspie w postaci krytycznej oceny, tak bardzo mnie wciąga, że przestaję mieć ochotę na jedzenie.
Zniknął ocean, nad którym siedziałam, zniknęła perspektywa miłego obiadu. Byłam w swojej głowie i ochoczo produkowałam myśli czarne jak otoczaki na plaży. Przy kolejnej, która sugerowała porównanie cen dań w restauracji z kanapkami na lotnisku (żeby pokazać rażącą niesprawiedliwość oceny), udało mi się zatrzymać. Przesada wisiała w powietrzu.
Wróciłam na plażę. Słońce wyszło zza chmur, wiatr dmuchał dalej, było ładnie. Pomyślałam jak bardzo percepcja tego miejsca, bardziej niż innych, zależy od pogody, pory dnia i nastroju, w jakim jesteśmy. Nazwa Pozo Negro czyli Czarna Dziura (Studnia) pasuje idealnie.
