Na Kubie nuda

Wyładowana po brzegi Taxi Familiare jechała do Hawany. dziewczyny z Rzymu, podróżujące szlakiem Che Guevara, piszczały na widok pomników jak fanki kapeli rokowej, gdy lider zespołu wychodzi na scenę. Trzech chłopaków z Neapolu całą drogę dyskutowało o chicas (tych poznanych i tych co przed nimi). No i ja z Frankiem, ściśnięci na jednym siedzeniu, jeszcze pełni nadziei, z misją znalezienia bankomatu, który pozwoli nam wypłacić pieniądze, W Hawanie okazało się jednak, że mam kartę wrogiego, amerykańskiego banku, kompletnie bezużyteczną na całej Kubie. Chciało mi się płakać, był upalny dzień, stałam w centrum Hawany z moim nastoletnim synem, bez grosza w kieszeni. Do odlotu mieliśmy tydzień i pytanie – jak go przeżyć, na Kubie, bez pieniędzy.

Pierwsza pomoc przyszła zaskakująco szybko. Kierowca z Taxi Familiare postawił nam przejazd a chłopaki z Neapolu, po krótkiej naradzie, zrobili zrzutkę i zanim taksówka odjechała, miałam w kieszeni 60 euro. Umówiliśmy się, że oddam jak wrócę do Polski….., jak wrócę…..

Taksówka odjechała a my poszliśmy na pizzę. Potem kupiłam dwie butelki wody i zaczęłam szukać rozwiązania – pomyślałam w pierwszej kolejności o Bartku (mój starszy syn), w drugiej – o polskiej ambasadzie, bo miałam mocne przekonanie, że w takich sytuacjach jest dla rodaków jak drugi dom. Nic bardziej mylnego. Na drzwiach ambasady wisiała odręcznie napisana kartka „Nieczynne z powodu Święta Matki Boskiej Zielnej” (przez najbliższe cztery dni). Jako obywatelka Polski zrozumiałam o co chodzi, chociaż nadziwić się nie mogłam. Potem też nie pomogli, bo czy może udzielić pomocy ambasada, która znajduje się na terenie państwa komunistycznego i dodatkowo reprezentuje kraj, który całkiem niedawno wyszedł z socjalizmu? Ponieważ urodziłam się w Polsce jakiś czas przed zburzeniem muru berlińskiego, już po pierwszej rozmowie (przesłuchaniu) wiedziałam, że nie pomogą.

Pomógł Bartek, po jednej krótkiej rozmowie i paru smsach wysłanych z baru wypasionego hotelu, w którym zamówiona kawa w sposób znaczący ograbiła nasz budżet (jeśli nie mieszkasz w hotelu, to nie masz na Kubie dostępu do Internetu). Bartek postawił na nogi ponad 2000 osób na fb i w ciągu kilku godzin uratował sytuację. Pewien malarz, po apelu Bartka, zadzwonił do swojej mamy Marinelli mieszkającej w Hawanie a potem wszystko poszło już jak po sznurku…..

Na hasło „Poland, Poland”, wypowiedziane pod windą, w bloku pod wskazanym adresem (uwielbiam sposób myślenia Bartka), nastoletni kuzyn malarza zaprowadził nas do mieszkania sąsiadki Marinelli (bo babcia, była w pracy). Sąsiadka, niezwykle miła i kolorowa postać, miała właśnie spotkanie on-line więc po chwili namysłu otworzyła dwa duże piwa i posadziła nas na balkonie z widokiem (o ironio) na olbrzymi gmach banku Citi Handlowy, otoczony wysokim, metalowym płotem. Piłam piwo z moim siedemnastoletnim synem – było trochę strasznie, trochę śmiesznie.

Po nocy w mieszkaniu Marnielli, w którym olbrzymi, kolorowy obraz syna był w ostrym kontraście z całą resztą, postanowiłam zagrać va bank i zamieszkać w hotelu. Pokazałam recepcjonistce paszporty i nic nie wartą, w realiach Kuby, kartę kredytową – zadziałało. Mieliśmy miły dach nad głową, śniadania i czas, żeby pieniądze popłynęły z Polski, w małych transzach, na konto Marinelli (wysokość bezpiecznych, dziennych przelewów była dla obywateli Kuby z góry ustalona i uwierzcie mi, nie była to wygórowana kwota). Codziennie rano Marinella zakładała kapelusz i szłyśmy do banku (ona robiła wszystko, żeby budzić zaufanie a ja miałam zamrozić emocje i nie cieszyć się jak dziecko z pieniędzy, które pokazywały się w bankomacie, chodziło o bezpieczeństwo. W tym czasie Franek leżał w hotelowym łóżku i czytał Mistrza i Małgorzatę, co pozwalało mu w przedziwny sposób zachować równowagę. Przeczytał całą książkę.

Trzeciego dnie Marinella straciła czujność i opowiedziała właścicielce hotelu naszą historię. Musieliśmy się wyprowadzić. Nie czekając na kolejny przelew, z poczuciem dużej ulgi i ze świadomością, że musimy bardzo oszczędzać ruszyliśmy w kierunku Trinidadu. Przed wyjazdem dostałam od Marinelli kolczyki a ja zostawiłam jej ostatnią transzę z banku, za wszystko co dla nasz zrobiła.

Po drodze do Trinidadu busik skręcił nagle w zarośla dżungli. Porwanie? Nie, nielegalne tankowanie – w tajnym miejscu czekali na nas chłopcy z olbrzymimi kanistrami benzyny.

W Trinidadzie trafiliśmy na popołudniową potańcówkę, ludzie w bardzo różnym wieku tańczyli, niektórzy bardzo pięknie. Miałam przyjemność zatańczyć ze starszym panem, który z dużą cierpliwością pokazał mi podstawowe kroki salsy. Z kawiarni wyszliśmy z zapsanym na karteczce sdresem lokalnego nauczyciela.

Wieczorem, kiedy siedzieliśmy z Frankiem nad średnią pizzą na dwoje, zapytałam jak woli spędzić ostatni wieczór na Kubie – idziemy coś zjeść czy bierzemy lekcję tańca. Bez chwili wahania wybrał salsę.

Lekcja miała się odbyć na dachu domu, w którym mieszkaliśmy – taras był mocno zniszczony, ale z pięknym widokiem na Trinidad. Czekaliśmy na nauczyciela w lekkim napięciu, bo nie do końca byliśmy pewni czy dobrze zainwestowaliśmy ostatnie pieniądze. Przyszedł punktualnie, ze sporą nadwagą i wystającym brzuszkiem, łysy, w sandałach założonych na skarpetki sięgające łydek, w ręku trzymał magnetofon rodem z lat 70-tych……..Puścił muzykę a potem poprowadził piękną lekcję.

Następnego dnia rano ruszyliśmy bez śniadania w drogę powrotną, już na lotnisko. Mieliśmy bilet na autobus do Hawany, bilety na wieczorny lot, butelkę wody i dziesięć euro na czarną godzinę.

– Franiu, napij się wody – proponowałam, bo upał był straszny

– Nie, ty się mamo napij, mnie nie chce się pić – kłamał w żywe oczy Franek

Chyba pierwszy raz w życiu byliśmy głodni, bo zapach kanapek jedzonych w autokarze wodził nas za nos jak psa Pluto i Kaczora Donalda w filmach Disneya.

Już po odprawie, kiedy moja karta odzyskała moc, zamówiliśmy podwójnego burgera z frytkami, ale dopiero w atmosferze lotu czarterowego i poszukiwań pana Kowalskiego, który jak wszyscy wiedzieli zawsze się spóźnia, odpłynął stres i mogliśmy cieszyć się wspomnieniem przedziwnych wakacji na Kubie

– Nudna ta Kuba, tylko hotel i plaża – powiedziała jedna z pasażerek

– Tak, nic ciekawego, nuda – zgodził się jej mąż

.

@2026 Beata Chmielewska Gabinet Pomocy Psychologicznej Puenta. Wszelkie prawa zastrzeżone