Na wystawie widzę malinowy kostium, od razu wpada mi w oko, wchodzę do sklepu, biorę malinowy do ręki, rozglądam się jeszcze przez chwilę
– Mamy ogromny wybór, chętnie coś doradzę – przede mną wyrasta nagle ekspedientka z siatką na zakupy przerzuconą przez ramię jak chlebak. Zanim zdążę pomyśleć, malinowy kostium ląduje w rękach kobiety a ja drepczę za nią między półkami
– Może ten brązowy z cekinami z przodu i z tyłu, albo ten pięknie imitujący skórę tygrysa – rzuca propozycjami i skanuje mnie wzrokiem – A może ten w wojskową panterkę, bardzo modny ostatnio, doskonale maskuje wszystkie niedoskonałości budowy – mówi i bez pytania dokłada kolejny kostium do siatki.
Nie wierzę w to co słyszę a kobieta najwyraźniej dopiero się rozkręca
– Już wiem, ten jest dla pani idealny! – podkreśla słowo idealny i rozkłada w powietrzu szaroniebieski kostium pokryty świecącymi łuskami ala syrenka
Idealny dla kobiety-ryby – myślę, ale nic nie mówię
– Proszę sobie tylko wyobrazić – ten kostium na białym piasku albo w morskich falach, słońce odbija się w łuskach…… Jedzie pani w tym roku nad morze?
– Proszę spojrzeć na mnie, czy myśli pani, że założyłabym ten kostium? – przerywam absurdalną prezentację
– Proszę pani a skąd ja mam wiedzieć czego pani chce! – obraża się ekspedientka – zdarzają się klientki ubrane niewidocznie a mają wymagania – dodaje zadowolona ze swej przebiegłości i znajomości tematu
Wychodzę ze sklepu z malinowym, przez jakiś czas słowo „niewidoczna” dźwięczy mi w uszach. Ubieram się niewidocznie – ciekawe, coś w tym jest.
Potem przemierzam centrum handlowe w poszukiwaniu power banku i zastanawiałam się nad językiem sprzedawców. Przypomniała mi się Kasia z butiku na Powiślu, niezwykle kolorowa osoba, której kolor był jeszcze bardziej widoczny w latach szarego socjalizmu – nosiła szerokie kolorowe spódnice, bluzki eksponujące obfity biust i czerwoną, krwistą szminkę na ustach, czasami różową. Chodziła pewnym krokiem na najwyższych szpilkach. Była jak egzotyczny ptak. Jeśli nagle w miejskim autobusie, na Powiślu, albo w okolicach Starego Miasta pojawiał się kolor, to była z pewnością Kasia. Wracając do kwestii języka sprzedawców – Kasia potrafiła powiedzieć klientce, że sukienka jest idealna, bo kryje wszelkie niedoskonałości budowy. No i pan ze sklepu winnego, który patrząc na moją kartę lojalnościową z pieczątkami, powiedział – uciułała pani butelkę całkiem dobrego wina. Uciułała podziałało jak balsam na moją niepewność czy nie wydaję zbyt dużo pieniędzy na alkohol. Zamiast mieć pretensję – poczułam ulgę i rozbawienie.
