
Dzień pierwszy
W autobusie do La Oliva dowiedziałam się, że ostatni tydzień ostro padało a ja mam szczęście, bo trafiłam na okno pogodowe, będzie wiało, ale deszczu nie planują. O tym, co znaczy „będzie wiało”, miałam się wkrótce dowiedzieć.
W La Oliva nie znalazłam miejsca do spania, tak jak zresztą zakładałam. W lokalnym barze zjadłam potężną obiadokolację w towarzystwie mężczyzn żywo komentujących mecz piłki nożnej wyświetlany na dużym ekranie telewizora. Na zewnątrz baru biesiadowali niemieccy turyści w wieku 60 mocno plus. Słali wszystkim wkoło szerokie uśmiechy.
Zadowolona, spakowałam do plecaka dwie duże kanapki z rybą na później i ruszyłam w kierunku Tindaya. Piękna, prosta droga, wieczorne światło otulające Świętą Górę a potem zachód słońca nad oceanem, równie piękny, ale trochę za szybki, bo do Tindaya dochodziłam już w ciemności. Planowałam spać na mojej ulubionej Playa de Jarubio, ale zabłądziłam a dodatkowo miejscowe psy miały ochotę na moje kanapki (plecak pachniał jak smażalnia) a ja trochę bałam się ich towarzystwa. Ostatecznie wylądowałam na ławce, przed barem „U Marii”. Bar znajduje się przy wylocie z miasteczka. Wiedziałam, że będzie czynny od samego rana, więc wypiję kawę, kupię wodę a Maria zrobi mi kanapki na drogę.
W nocy przekonałam się, że 16 stopni to wcale nie za dużo, szczególnie jak zacznie wiać. Na szczęście miałam czapkę i dodatkowy sweter pod kurtkę, śpiwór też był fajny, bo można było w nim chodzić, więc jak marzłam, to trochę chodziłam. Widok na Świętą Górę był niesamowity. Podobno w okolicy żyje ostatnia wiedźma, mieszkańcy Tindaya wiedzą nawet gdzie.
Dzień drugi

W nocy obudził mnie rozdzierający krzyk gdzieś w pobliżu, poza tym było spokojnie. Tuż przed ósmą spakowałam śpiwór, żeby zrobić miejsce mężczyznom, którzy tak jak ja, czekali na otwarcie baru.
– Hola – mówili siadając obok
-Hola – odpowiadałam przesuwając się na ławce
Nikt o nic nie pytał, wiadomo było, że jestem pierwsza w kolejce i czekałam najdłużej. Bardzo lubię bar „U Marii” – ze względu na Marię i jej męża, scenografię (Matka Boska pośród trunków i nad apteczką pierwszej pomocy), godziny otwarcia (8-12, nawet w pierwszy dzień nowego roku). Mężczyźni jak zwykle zamawiali kawę z prądem, albo sam prąd a Maria bez pytania wiedziała po jaki prąd przyszli. Podała mi tosty owinięte w serwetki, folię i celofan – idealnie przygotowane na drogę.
Tuż przy wyjściu z miasteczka zrozumiałam co stało się w nocy. Za ogrodzeniem siedziała koza a przy niej dwójka nowo narodzonych dzieci, metr dalej leżało nieżywe koźlątko…..
Przez długi czas droga do Betancuria nie była porywająca, najpierw szlak musiał skręcić w bok z powodu robót drogowych a potem prowadził przez kilku kilometrowy odcinek ogrodzony płotami po obu stronach z napisami nie wolno, zabrania się, teren prywatny. Taki tunel stworzony przez turystów, którzy postanowili tutaj mieć drugi a może kolejny dom. Dopiero zaczęłam chodzić po świecie, ale myślę, że żeby zrozumieć całość, warto zobaczyć nie tylko miejsca piękne, ale też te, którym do piękna daleko.
Przez większą część dnia nie spotkałam nikogo, drogi były puste a bary i sklepy zamknięte. Zmęczyłam się podchodząc w upale do Mirador de Guise y Ayose (rdzenni królowie Fuerteventury)a potem zbiegłam ścieżką z pięknym widokiem do Betancurii. Przez chwilę myślałam, żeby zatrzymać się po drodze, ale brak jedzenia a przede wszystkim wody zdecydowały, że zmieniłam zdanie. Betancuria, pierwsza stolica Fuerte, kiedyś musiała być miejscem wyjątkowym – obecnie jest całkowicie opanowana przez turystów, dostosowana do ich potrzeb i rytmu życia. Taki trochę skansen, który funkcjonuje w godzinach otwarcia.
Jakiś pan zaczepił mnie na ulicy i zaproponował pokój, który podobno gościł już niejednego podróżnika. Pan wyglądał łagodnie, chociaż mało stabilnie, ale na tyle bezpiecznie, żeby sprawdzić propozycję. Zagracona przestrzeń wypełniona zapachem chwilę wcześniej zabejcowanego drewna budziła wątpliwości. Miałam już w ręku klucz, ale w ostatniej chwili podziękowałam i wróciłam na camping, który w międzyczasie kompletnie się wyludnił. Leżałam w śpiworze szczelnie owiniętym folią (żeby zachować ciepło na nocny chłód), w miejscu ani pięknym, ani wygodnym. Nade mną przepływały czarne chmury wyraźnie zapowiadające deszcz. Sprawdziłam pogodę – pomarańczowy alarm na terenie wybrzeża poniżej Betancurii jakoś mnie nie przeraził – ucieszyłam się, że nie jestem nad oceanem i zasnęłam. Tuż po północy obudził mnie deszcz i nie był przelotny.
– Naprawdę? Bez żartów……- powiedziałam sama do siebie wyciągając rękę spod folii, żeby sprawdzić coś, co nie wymagało sprawdzenia.
Najbliższe schronienie – zadaszony przystanek autobusowy był w odległości pół kilometra. Ewakuacja nie miała sensu – wiedziałam, że zanim założę buty i zbiorę rzeczy, będę kompletnie mokra. Zwinięta w kłębek, czekałam pięć godzin na zakończenie deszczu i wschód słońca. Miałam dużo czasu na myślenie. Zastanawiałam się czy mężczyzna z Betancurii nie był łodzią ratunkową wysłaną przez los, uświadomiłam sobie, że pomarańczowy alarm był też dla mnie, myślałam co ja tu robię i trochę przeklinałam. O spaniu nie było mowy.
